ZAKĄTEK IDIOMKI

Prima Volta


Firma, która najbardziej podobała mi się podczas tego wyjazdu, wcale nie nazywa się Prima Volta (pierwszy raz). Ale śmiało mogłaby. Zamiast tego nazywa się Kartell i jest jedną z podobno najłatwiej rozpoznawalnych marek w świecie designu użytkowego.

Tak mówią, bo, wiecie, ja na markach za bardzo się nie znam ;)

Ale po bliskim spotkaniu z Kartellem, zapałałam do niego ogromną, szaloną miłością.

A ponieważ u mnie miłość jest zwykle bezwarunkowa ;) to i nawet do ich gumowych butów zapałałam gwałtownym pożądaniem. Choć gdyby mnie ktoś wcześniej zapytał czy chcę gumowe buty za 100 EUR to popukałabym się w głowę ;)


 


Mieli nawet gustowne gumiaczki na obcasie, które wydały mi się mocno interesujące, ze względu na wiadomości o powodzi, jakie docierały do mnie z Polski.


 


Na szczęście nie miałam przy sobie wolnych 105 EUR. Bo gdybym miała, to pewno weszłabym w posiadanie tego oto designerskiego cudu:

 


Ale tak sobie myślę, że jak poczekam jeszcze trochę, podpiszemy z nimi umowę, to te 100 eurasów może się zmienić w 50. A wówczas kto wie, kto wie.....

A chodząc po salonie w centrum Mediolanu, doszłam do wniosku, że buty butami, ale na pewno kupię sobie ten pojemnik:

 


Ten mniejszy mebelek bez problemu jest z moim zasięgu finansowym. A kiedy dowiedziałam się na dodatek, że zaprojektowała go, 40 lat wcześniej, babcia naszego gospodarza - Federico - byłam cała jego (tego mebelka, a nie gospodarza, bo gospodarz był jakimś dzieciakiem o 7 lat młodszym ode mnie ;) )

Po obejrzeniu salonu Kartella, zostaliśmy zabrani do Museum Kartell - miejsca, w którym na 2.500 mq zobrazowano 61 lat historii tej niezwykłej firmy. I tu już przepadłam z kretesem. Nie tylko zachwycałam się formami przedmiotów użytkowych.


 


Poznałam również historię tej firmy. I zrobiła ona na mnie ogromne wrażenie. Szczególnie dzięki babci Federico - Annie Castelli Ferrieri. Była ona bowiem pierwszą kobietą, która we Włoszech skończyła architekturę (w 1943 roku). Pytałam jej wnuka czy była ona feministką - podobno nie. Ale za to była bardzo silną i odważną kobietą (zmarła 3 lata temu). Po studiach i ślubie z Giulio Castelli, który był inżynierem-chemikiem, otworzyli firmę Kartell, która projektowała (często rękami znanych projektantów) i produkowała nowoczesne, designerskie elementy wyposażenia wnętrz. I naprawdę byli oni awangardą w tym biznesie.

Dziewczyna, która oprowadzała nas po muzeum co chwilę mówiła "prima volta". Poczynając od tego pierwszego razu, kiedy kobieta poszła we Włoszech studiować architekturę, przez pierwszy raz, kiedy zrobiono krzesło z tworzywa sztucznego, a na pierwszym razie, kiedy krzesło z przezroczystego poliwęglanu wyprodukowano w formie jednej bryły (La Marie, Philippe Starck). Ale tego powtarzanego "pierwszy raz" było bardzo wiele. Niemal każdy eksponat był w czymś pierwszy w świecie.

I teraz już wiem - chcę kuchnię z Del Tongo i jakieś 50 "drobiazgów" z Kartella. A najlepiej - tych z lat ubiegłych, dziś już niemal zabytkowych.

Problem tylko w tym, że jeżeli zaczyna mi się podobać Kartell itp. to, niestety, muszę w końcu zabrać się za zarabianie prawdziwych pieniędzy....

napisała idiomka 2010-07-31 17:26:45


Italia w obrazkach


Wspomniałam, że we Włoszech byliśmy w fabryce mebli - Del Tongo. Firma ta jest naszym dostawcą i wizyta miała na celu omówienie nowej ekspozycji, nowych warunków itp. Nie wiem kto wpadł na taki pomysł, żeby umieszczając mnie na liście uczestników dla fabryki uzasadnić moją obecność w taki sposób, ale dopisano mi, że jestem asystentką dyra.

Przed dotarciem na miejsce wcale mi to nie przeszkadzało - nie mam tytułomanii.

Do czasu aż nie poznałam Claudio - area managera, w którym mogłam się doczepić tylko do jednego (trochę za chudy tyłek ma ;) ale w sumie nad tym można popracować ;) ) - inteligentny, przystojny, sympatyczny, wysoki, lekko szpakowany - my hero! ;) Nawet jeżeli jest poza moim zasięgiem, to zagrała we mnie ambicja - przed takim facetem mam być asystentką? Niedoczekanie! Choćby mi kazali kasę za hotel zwracać! ;)

W stosownym momencie doprowadziłam do wymiany wizytówek. Na mojej wyraźnie jest napisane, że nie jestem asystentką ;)

Zdjęcia Claudio nie pokażę ;)

Ale za to pokażę zdjęcie "mojej" kuchni. Wygląda, jakby została stworzona właśnie do mnie - styl, kolor. Wierzę, że kiedyś będzie moja i że będę miała ją gdzie wstawić :)


 


W ogóle okazało się, że produkcja kuchni jest szalenie ciekawym tematem. Jak by co - mogę się przebranżowić ;)

* * *


W Arezzo widziałam kościół z 1000 r.n.e. Nie wiem dlaczego nie dało się do niego wejść :(

Oto jego kawałek (stoi przy placu, którego szerokość uniemożliwia zrobienie fotki całości):



 


A oto co (między innymi) kocham we Włoszech (i w Hiszpanii też) - wąskie uliczki:


 

Powyższe zdjęcie spodobało mi się tak bardzo, że od dziś jest moim wygaszaczem na leosiu :)


* * *


Skoro byliśmy w Maranello, nie mogło zabraknąć szybkich aut ;)

Lamborghini

 


Ferrari, ale jakieś nieprawdziwe, bo czarne a nie czerwone ;)


 

Stosowne ciuszki na ścianie Montany:

 


A jak już jesteśmy przy Ferrari - Idiomka z koniem.


 


Siódmy miesiąc ciąży niestety widoczny :( A oto jeden ze sprawców tej ciąży (zdjęcie niewyraźne, ale oddaje rozmiar):



 

Było miło, smacznie i kolorowo ;)

napisała idiomka 2010-07-31 17:01:46


Rzecz do wynalezienia


Nie miałam problemu ze słuchaniem mojej muzyki podczas wyjazdu. W samochodzie zakładałam na uszy słuchawki i słuchałam muzyki z ipoda lub leosia (na obu mam taki sam zestaw kilkuset kawałków) - odcinając się kompletnie od reszty towarzystwa*. Uwierało mnie coś innego. Ja sobie lubię pośpiewać przy słuchaniu muzyki.

Zatem mam postulat do wynalazców. Proszę mi wynaleźć coś, co pozwoli mi śpiewać jadąc z innymi w samochodzie. Potrzebuję jakiś dźwiękoszczelny hełm (albo może raczej samo coś na paszczę, żeby mi się skóra pod włosami nie zapociła ;) ) , który będę mogła założyć i bezkarnie wyć sobie, na przykład "Czy te oczy mogą kłamać" :D

* przebywanie 5 dób non stop w czyimś towarzystwie jest dla mnie ciężkie do zniesienia, odizolowanie się za pomocą słuchawek, choć na chwilę jest koniecznością

napisała idiomka 2010-07-31 14:44:30


Radość życia


Zaczęło się od żartu - na pytanie Claudio czy zjem deser, odpowiedziałam:

"Jestem hedonistką - oczywiście, że zjem deser!"

A potem zaczęłam się zastanawiać nad różnymi sprawami.

I tak, zdecydowanie jestem hedonistką. Lubię odczuwać przyjemność z jedzenia, seksu, lubię słuchać muzyki, która sprawia mi radość. Uważam, że bycie szczęśliwą jest celem mojego życia. Chcę cieszyć się tym życiem, chłonąć je, dostrzegać również jasne jego kolory.

Popatrzyłam na ostatnie tygodnie i dotarło do mnie, jaką krzywdę niemal sobie sama wyrządziłam. Jak niewiele brakło, bym zapłaciła bardzo wysoką cenę. Jeszcze dwa tygodnie temu myślałam o samobójstwie. Co za szczęście, że miałam przed sobą jasny punkt, jakim był właśnie ten wyjazd - Włochy, dobre jedzenie i wino. In vino veritas. Po alkoholu zawsze myśli mi się najtrzeźwiej.

Jestem już dość starą kobietą. Na tyle starą, że idąc przez życie dorobiłam się pewnych zasad, prawd, które ewoluowały i dojrzewały we mnie. Które uważałam za słuszne. Które miały mi pomóc być szczęśliwą.

Podzieliłam świat na kwestie istotne i nieistotne drobiazgi. A wypracowane nierozbijanie się na drobiazgach sprawiło, że potrafiłam być szczęśliwa w sytuacjach, które może obiektywnie zbyt szczęśliwymi nie były.

Od pewnego czasu próbowałam żyć według nie moich zasad, na cudzych warunkach. I nawet jeżeli robiłam to z własnej, nieprzymuszonej woli, z miłości, najnowsza przeszłość pokazała, że mnie to unieszczęśliwia. Nie potrafię przekonać samej siebie, że musi mieć dla mnie znaczenie coś, co w moim systemie jest zaszeregowane w kategorii drobiazgów. Wolę być szczęśliwa, niż mieć 5 pln więcej w portfelu. Wolę być szczęśliwa, bo nie wiem czy zdążę z tych 5 PLN skorzystać (nikt z nas nie zna dnia ani godziny).

Nie chcę tracić radości życia tylko dlatego, że zaniedbuję coś, co dla mnie jest pierdołami.

Może prawdą jest, że przeciwnieństwa się przyciągają, ale nie należy z przeciwieństwami budować relacji. Zaczynam myśleć, że podstawą relacji powinna być przynajmniej zbliżona doktryna zyciowa. Chęć bycia nieszczęśliwym jest po prostu zaraźliwa....

A ja mam zamiar być szczęśliwa. Jak na hedonistkę przystało ;)

napisała idiomka 2010-07-31 12:15:20


Jestem w 7. miesiącu ciąży


Na dodatek jestem w ciąży z włoskim jedzeniem ;)

Żartuję - teraz to już co najwyżej 3. miesiąc. Siódmy to był w środę wieczorem, po tych lodach ;)

Ale i tak dziś powrót do rowerka, błonnika itd.

napisała idiomka 2010-07-31 11:13:48


Hedonistka w raju


Chodzi oczywiście o raj kulinarny, bo z innych przyjemności nie czerpałam - wyjazd był za mało prywatny ;)

Włochy to raj dla tych, co kochają zjeść. I piekło dla tych, którzy przejmują się dietą ;)

Z kuchennych nowości, nie próbowanych przeze mnie wcześniej była szynka z dzika, szynka z kaczki, perliczka, trufle, świeże figi. Jagnięcinę i królika zdarzało mi się jadać we wczesnym dzieciństwie, więc nie wiem czy mogę to zaliczyć do nowości.

Dobrze się zaczęło już w pierwszy wieczór po przyjeździe do Włoch. Teoretycznie byliśmy wszyscy zbyt zmęczeni na życie towarzyskie. Ale kiedy zostawiłyśmy z Be swój bagaż w pokoju, doszłyśmy do wniosku, że noc jeszcze młoda (była 21.30) - wydzwoniłyśmy kolegę Roberta i poszliśmy w Arezzo. Szczęśliwie okazało się, że kolega jest, podobnie jak my, wielbicielem frutti di mare, zatem nie mieliśmy problemu z dogadaniem się co do wyboru menu. Znaleźliśmy trattorie, która kusiła przed wejściem wystawionym menu z morskimi zwierzątkami (dopiero potem dowiedziałam się, że to tak nieco pod prąd tendencji toskańskiej, w której króluje mięso ssaków). Zamówiliśmy mieszankę przystawek morskich (niestety, nie było w tym krewetek), danie z kalmara oraz danie z ośmiornicy, dopchnęliśmy to niesłonym chlebem toskańskim, maczanym w oliwie, podlaliśmy białym winem "alla spina" i w błogostanie udaliśmy się do łóżek.

Kolejny dzień był już dniem "oficjalnym" - znajdowaliśmy się pod opieką włoskiego producenta kuchni (a raczej - Claudio - managera z tej fabryki). Na posiłek południowy zabrał nas do knajpki niedaleko fabryki, gdzie wszystko było pyszne, a ja pierwszy raz w życiu spróbowałam trufli. Oblecą ;) ale bez szaleństwa. Na kolację Claudio zabrał nas do zaprzyjaźnionej knajpki w mieście. Sądząc po wycinkach z gazet, umieszczonych na ścianach, restauracja ta jest dość sławna. Niewykluczone, że za sprawą wnuka właścicielki, który poza podawaniem nam do stołu, trudni się również promowaniem win toskańskich i podobno jest jednym z kilku najlepszych kiperów win we Włoszech. Podobno często podróżuje po całym świecie, promując produkty z toskańskich winnic i szkoląc smakoszy win. Ale w tym tygodniu był na miejscu i służył nam :) Wraz z nim do stołu podawał nam Najprzystojniejszy Kelner Świata. Zastanawiałam się nawet nad jego adopcją ;)

Na winach to ja się za bardzo nie znam (dzielę je na te, które mi smakują i te, które nie ;) ), ale mogę powiedzieć jedno - może i w tej knajpie serwują jakieś super wina. Ale na pewno świetnie karmią :) Zjadłam tam ravioli ze szpinakiem i kotleciki jagnięce i oba dania były pyszne. Ale umarłam przy deserze. Wybierałam coś, co Claudio przetłumaczył z włoskiego na angielski (a ja sobie na polski) jako szarlotkę z gruszką. A dostałam coś, co było porcją gestych lodów (z serka mascarpone?), zwieńczoną skarmelizowaną gruszkową konfiturą.

Dzień trzeci czyli środa, był dniem płytkowym - przenieśliśmy się w okolice Modeny, do moich starych znajomych ;) Przedpołudnie i lunch spędziliśmy w towarzystwie Renzo, a popołudnie i wieczór - pod opieką Alexa (jak łatwo się domyślić, po południu czułam się swobodniej ;) ).
Renzo zabrał nas do "Villi". Villa to instytucja sama w sobie - gotują tam świetnie, a kelnerzy są bardzo przyjacielscy. Bo Villa to nie jest zwykły hotel z restauracją - to enklawa dla "krewnych i znajomych królika". Trzeba należeć do "rodziny", trzeba być klientem fabryki, by dostąpić zaszczytu bycia tam przyjmowanym ;)
Do tego, że w Villi je się dobrze zdążyłam się przyzwyczaić - to była moja chyba 4 wizyta tam. Dlatego najbardziej w pamięci utknął mi deser - świeże figi, obrane ze skórki, podgrzane i zwieńczone kleksem jakiegoś kremu.
Desery miały wyraźny wpływ na mnie - tuż przed wyjazdem z Włoch kupiłam sobie, "na pamiątkę", po słoiku konfitury z fig i z gruszek.

Alex poszedł po całości - ponieważ mieszkaliśmy w Maranello, które nie słynie z płytek ceramicznych, tylko z fabryki Ferrari, zostaliśmy zabrani do knajpy kojarzącej się właśnie z tym rodzajem biznesu. Do restauracji założonej przez człowieka, który gotował dla Michaela Schumachera, gdy ten pierwszy raz jeździł dla Ferrari. Tak jak wspominałam - ściany częściowo wypełnione były serwetami w ramkach, a naserwetach swoje pospisy stawiali m.in. Jean Reno, Chris Rea, Eros Ramazotti, Eric Clapton. Resztę ścian zajmowały wyścigowe gadżety - kombinezony, kaski, elementy karoserii oraz zdjęcia kierowców. Np. zdjęcie Michaela, w uścisku głównej kucharki, która na ten moment oderwała się od lepienia tortellini. Alex wyjaśnił mi, że Montana (bo tak nazywa się lokal) słynie nie tylko z elitarnych gości ale również z jedzenia. Zatem - jedliśmy.  Na pierwsze - wspomniane tortellini (jak Alex twierdzi - są to tortellini doskonałe, idealne ;) ) w rosole. Na drugie - perliczkę, której tożsamości w pierwszym momencie nie mogliśmy ustalić czyli "faraonę". Kiedy padrone zobaczył, że wciągnęłyśmy z Be sumiennie oba dania, podszedł, stanął między naszymi krzesłami, położył nam ręce na ramionach i powiedział "Brave!" (co można by przetłumaczyć jako "dzielne" lub "zdolne") - wyobrażacie sobie coś takiego w Polsce, w jakiejś słynnej knajpie? Za to też kocham włoską gastronomię :)

Noc w Maranello zakończyliśmy w Be i Robertem w lokalnej lodziarni, na deserze. Ale okazało się, że zjedzenie na oko - pół litra lodów, nie jest dobrym pomysłem, jeżeli człowiek chce się wyspać ;) Ale warto było mieć koszmary przez pół nocy :)

Z okolic Modeny, w czwartek przenieśliśmy się do Mediolanu. I tam, zakończyła się moja tegotygodniowa przygoda z dobrym jedzeniem. Wnuk pierwszej kobiety-architekt we Włoszech (o tym - w osobnej notce) zabrał nas w bardzo specyficzne miejsce. Jakieś 30 km od Mediolanu, w pewnej wiosce zajechaliśmy pod mały budynek, który z zewnątrz mało przypominał restaurację. Bardziej kojarzył się z kaplica - za sprawą figury Madonny, znajdującej się w ściennej wnęce.

Aby dostać się do środka trzeba było pokonać drzwi bronione domofonem. Natychmiast poczułam się jak członkini jakiegoś wąskiego, wtajemniczonego kręgu ;)

Na jedzenie w tej maleńkiej knajpce trzeba było czekać bardzo długo. A bezczelna kelnerka poinformowała nas (gdy nasz gospodarz nieco już sarkał), że jak coś ma być dobrze ugotowane, to musi to trwać, a jak nam się spieszy, to możemy się przenieść do McDonald's :D

Kiedy w końcu dostaliśmy jeść, natychmiast okazało się, że warto było czekać - to tam właśnie jadłam nieziemsko delikatną szynką z dzika (mam nadzieję, że ta, która leżakuje właśnie w mojej lodówce nie będzie dużo gorsza), szynkę z kaczki, coś w rodzaju ciasta szpinakowego - jako przystawki. A na główne danie dostaliśmy tagliatelle z prawdziwkami (na wyraźne życzenie mojego szefa, który jest wielbicielem tychże) oraz jakiś taki dość drobny makaron, którego nie zidentyfikowałam, z sosem serowym i rozmarynem. Makaron z grzybami był dobry, ale ten z sosem serowym i ziołami - rewelacyjny. Muszę poszukać podobnego przepisu.

Postanowiłam, że najbliższy tydzień, podczas którego nie muszę przejmować się, co będzie jadł Młody, poświęce na trenowanie się we włoskiej sztuce kulinarnej. Pomogą mi w tym włoskie zakupy. A kupiłam:

- wina
- oliwy
- salsa di Balsamico (Renzo, dowiedziawszy się, oczywiście opieprzył mnie, że kupiłam salsę, zamiast 50 letniego, oryginalnego octu balsamicznego - bidulek, nie wie, że są ludzie, dla których wydanie 2 EUR albo wydanie 70 EUR to spora różnica ;) )
- salami
- makarony
- oliwki
- szynkę z dzika
- łososia
- tuńczyka
- acciughe ;)
- pesto genovese
- kapary
- sgombro (nie wiem, co to jest :D będę miała niespodziankę, gdy otworzę puszeczkę ;) )
- konfitury
- parę włoskich drobiazgów, w rodzaju przypraw czy paluszków

P.s. A propos tytułu - siedzenie we włoskiej knajpce może doprowadzić do ciekawych przemyśleń. Np. może człowiek w którymś momencie pomyśleć: "Jestem hedonistką! Chcę być szczęśliwa!". Ale o moich rozmyślaniach na temat doktryny ;) pewno wysmaruję inną notkę.

napisała idiomka 2010-07-31 10:25:32


I zanim zapomnę!


Niech mnie ktoś kopnie w dupę, żebym w końcu zaczęła się uczyć na serio włoskiego!

Skoro i bez tego rozumiem bardzo dużo i potrafię gadać, to jakie efekty miałabym, gdybym zaczęła się uczyć?!

Potrzebuję kogoś, kto przypilnuje, żebym napisała książkę i nauczyła się dwóch języków. I raczej nie mam co liczyć na mamę ;)

P.s. Z tą ksiązką to mógłby pewno Dzidzia - muszę z nim w poniedziałek poważnie porozmawiać ;)

napisała idiomka 2010-07-30 23:44:21


Cyckowo (zanim skonam w kątku ;) )


Podczas środowej kolacji wymienialiśmy z Alexem uwagi na temat obfitości biustów Włoszek. Wysunęłam teorię, że są zasadniczo skąpo wyposażone. Alex natychmiast skontrował, że w porówaniu ze mną, wszystkie nacje są skąpo wyposażone.

Hmmm... Może coś w tym jest.

W Arezzo, gdy siedziałam w ogródku jednej z restauracji, jeden z grupki trzech przechodzących nastolatków (tak na oko 17 lat) próbował mi cyfrówką cyknąć fotkę "z ukrycia". A z kolei kasjer w supermarkecie niedaleko jeziora Garda ćwiczył na moich zakupach "kasowanie bezzwrokowe" - oczy przylgnęły mu bowiem do mojego dekoltu.

Chyba zacznę zbierać w końcu kasę na operację. Powoli przestaje mnie bawić bycie lokalną atrakcją turystyczną. Za stara się robię? ;)

napisała idiomka 2010-07-30 23:38:51


Wróciłam!


Na dwa razy wnosiłam zakupy z podróży (czyli, biorąc pod uwagę, że musiałam jeszcze wtaszczyć walizkę z garderobą, to przeleciałam się po tych schodach w sumie 5 razy) - głównie wino, sery, oliwy oraz pierdyliard innych rzeczy (np. tak ekstraordynaryjna rzecz jak konfitura z fig albo szynka z dzika).

A teraz tylko wykąpię się, a potem cichutko skonam w kątku ;)

To był bardzo smaczny tydzień (pomijając dzisiejszy obiad na Słowacji ;)* ). I niezwykle interesujący - przekonałam się, że nie tylko płytki są ciekawe ;)

* Ale jak może być smaczne coś, co nazywa się "denne menu" ? ;)

napisała idiomka 2010-07-30 23:30:07


Slowacja


W drodze powrotnej zatrzymalismy sie na obiad w przydroznym barze. Zderzenie tej kuchni z kulinarnymi wspomnieniami z Wloch wpedzilo mnie w depresje. Na dodatek wiem, ze z kazdym km jestem blizej problemow, ktore musze rozwiazac, a o ktorych moglam nie pamietac w tym tygodniu.

napisała idiomka 2010-07-30 16:19:04



napisz na piasku

Po godzinach
Subiektywny, polityczny blog jeżeli ktoś kocha PiS, to radzę nie wchodzić ;)
Idiomki zapiski tylko dla dorosłych Nowych notek nie będzie, zostawiam na pamiątkę

Blogi, na które zaglądam
Maccaroni
Gogenzola
Życie w Japanie czyli Fiferka i rodzicielka ;)
Od rana do wieczora
Zdjęcia Gruzji Ach, ten klimacik
Les Rodzina One dwie + trzódka ;)
Jedzenie Heleny i Wojtka rzadko bo rzadko, ale zdarza się im coś wysmażyć ;)
Helena w stroju niedbałem Helena, ale ta prawdziwa ;) Sądząc po nazwie, to ona ze stolycy powinna być, a ona - w Krakowie :)
Balderdash
Rinonka Długo nie się nie ujawniła, ale jest ;)
Traszka czyli "pierwsza klasa" po lekcjach ;)
Hermenegilda Kociubińska
frotka-w-ultraviolecie
pierwszaklasa blog
wszczebrzeszynie wali glowa w mur
Warsawdaily Tu zaglądam, gdy chcę popatrzeć na zdjęcia miasta, za którym tęsknię
Nie dla idiotów ;)
Barbarella
Crazy House

Sznurki (znaczy do nich jestem szczególnie przywiązana ;) bo pierwsze )
Ni Cola, Ni Pepsi Zimno ? To zajrzyjmy na ciepły blog
Mamablues Moja synowa i jej matka
Mignona Sama się pojawiła, więc niech zostanie


2010
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik